Siedzę w pracy. Żar leje się z nieba. Wlewa się przez pół otwartego na oścież okna i przez spuszczone rolety drugiego. Wpełza w łopatki wiatraka i bucha mi w plecy rozgrzanym powietrzem (gdzie ten schłodzony wentylatorem zefirek?). Przychodzi mi do [pęczniejącej już od upału] głowy tylko jeden, możliwy ratunek. Piszę więc do Baraniastego z prośbą, żeby mi „zaparzył” miętową yerbę na zimno - taką w sam raz na przyjście z pracy. Gwoli wyjaśnienia – jeśli chodzi dżerbę, to lubię taką, której prawie nie ma. To znaczy bardzo bardzo bardzo słabą – dokładnie taką, na którą miłośnik yerby nawet by nie spojrzał, bo wstyd to pić...
NzM więc mi odpisał: czyli do szklanki nasypać łyżeczkę yerby, do kubeczka nalać wrzątku i postawić obok siebie - niech naciąga?
:))
To zdjęcie (przepięknej tykwy!) pochodzi z bardzo fajnego sklepu z yerbą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz