Bez możliwości zrobienia czegoś tak prostego, jak zejście po schodach z I piętra na parter.
Dawno temu, po szpitalu, kiedy też musiałam leżeć (ale jednak inaczej...) i też nic nie mogłam robić, myślałam, że jest to straszne i jak ja to wytrzymam. Ha ha. :/ Tyle że wtedy, po operacji, po prostu wracałam do zdrowia. Wolno, bo wolno, ale wiedziałam czego się spodziewać.
A teraz wiedziałam tylko, że mam leżeć i że powinno to pomóc.
Czytanie książek i oglądanie filmów wychodziło mi uszami. Niby marzenie każdego zapracowanego człowieka (a za takiego się uważałam) - czytać książki i oglądać filmy bez limitu...
Taak, ale nie jeśli Twoje myśli bombardują setki pytań, na które nie znasz odpowiedzi: a co jeśli? dlaczego tak? czy będzie lepiej? co jeszcze może się stać? co zrobiłam źle? czego nie zrobiłam?
Nie chciało mi się czytać, nie chciało mi się oglądać, nie chciało mi się korzystać z komputera.
A po tygodniach leżenia, kiedy wreszcie mogłam wyjść z domu, to pierwsze zejście po schodach i przejście do ogródka było tak wyczerpujące, że następne pół dnia musiałam odpoczywać.
Kiedy jednak wszystko zaczęło iść ku lepszemu i zagrożenie się odsunęło, zaczęliśmy robić małe i duże owcze wyprawy. Na targ po pomidory. Do piekarni po bułeczki. Do jednego sklepu (a nie na szoping...) po coś do ubrania, bo jakoś większość rzeczy przestała pasować. Wszystko w zasięgu dwóch/trzech ulic od domu. I tak powoli i mozolnie - aż w końcu w minioną niedzielę pojechaliśmy z Baraniastym do Krakowa.
Na wielką wycieczkę składały się aż dwa podstawowe punkty, czyli spacer do Smoka (w deszczu, bo uznaliśmy, że to lepsze niż upał) i obżarstwo w Norenach, ale jaka to była wyprawa! :) Taka z herbatką w termosie i migdałami w plecaku (przydały się). :)
NzM zjadł jak zwykle ulubioną zupę z psim uchem ;) i skwierczący półmisek, a Owca wołowinkę z brokułami i sałatkę (której nie ma zdjęciu, bo już i tak zrobiłam obciach robiąc focie jedzenia ;) ).



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz